Nasze imprezy

P
W
Ś
C
P
S
N
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31

Aktualność

Splątane losy, splątane nici. Gdański gobelin utkany z różnych kultur

03-10-2018

Splątane losy, splątane nici. Gdański gobelin utkany z różnych kultur

Przychodzi do nas człowiek z innej kultury. Jak go przyjąć? Jak się zachować? Odpowiedzią jest międzynarodowy projekt „Shared History” Nadbałtyckiego Centrum Kultury


Aleksandra Kozłowska

– Włożył mi palce do miski! Ja tego jeść nie będę! – twardo rzuca Michał i odkłada na bok pojemnik z drugim śniadaniem.

Siedzi razem ze swoją przyjaciółką Jagną i Maratem. Marat to „ten obcy”, nowy chłopak w klasie, uchodźca z bliżej nieokreślonego kraju porozumiewający się językiem „ka”. Właśnie poczęstował kolegów swoimi bułkami, po czym bezcermonialnie – jak na polskie standarty – sięgnął po jedzenie Michała.

Trzask! Rozlega się głośne klaśnięcie. Tak reaguje widownia, gdy chce zaproponować inne rozwinięcie akcji, skomentować to, co się dzieje. Widownia to siódmoklasiści ze Szkoły Podstawowej nr 45 we Wrzeszczu, scena to jedna z klas na parterze (pod oknem pianino, za oknem boisko), aktorzy to młodzi ludzie z Teatru Gdynia Główna. Któryś z uczniów mówi, że Marat nie powinien tak bez pytania brać śniadania Michała. Gosia, pełniąca rolę jokera, czyli koordynatorki przedstawienia: – A skąd miał wiedzieć, że tak nie wypada?

Widownia: – Mógł sobie sprawdzić w Internecie, przecież ma smartfona.

Gosia: – Michał też mógł mu to spokojnie wyjaśnić, a nie od razu się obrażać. Wolał jednak czekać, aż Jagna przedstawi go Maratowi, a przecież mógł sam wyjść z inicjatywą, wyciągnąć rękę do nowego kolegi. Dlaczego tego nie zrobił?

Widownia: – Bo mężczyzna ma swoją dumę.

A potem ktoś proponuje, by Michał, widząc jak Marat sięga po jego jedzenie, pacnął go w rękę dając do zrozumienia, że tak się w Polsce nie postępuje. – Jak ktoś jest nowy, trzeba mu pokazać dominację – tłumaczy któryś z siódmoklasistów.

Ale najwięcej emocji budzi scena z ojcem Michała. To typ domowego tyrana, przemocowca i ksenofoba wywrzaskującego hasła o zamykaniu granic przed brudasami i ich chorobami, przed gwałtem i morderstwem, które nam zafundują, jeśli ich wpuścimy. Oburzony faktem, że Michał, jako najlepszy uczeń oficjalnie przywitał Marata w klasie, wrzeszczy na syna: – Dopóki mieszkasz w moim domu, masz mnie słuchać! Masz myśleć, jak ci każę!

Widownia gwałtownie protestuje:

– Ojciec nie ma prawa krzyczeć na syna.

– Michał ma prawo mieć inne zdanie.

– Ludziom uciekającym przed wojną trzeba pomóc.

Zgodnie z regułami teatru forum, Melchior – jeden z uczniów – zastępuje Michała na scenie i wcielając się w jego rolę, dzielnie przeciwstawia się rozwścieczonemu ojcu. Chwilę potem Michałem jest Aneta. Cichym, ale niezłomnym głosem dyskutuje z ojcem, nie traci rezonu mimo jego rosnącej agresji. Gdy wraca na widownię, widać, że mocno przeżyła tę konfrontację.

Jej kolega Patryk komentuje, że ksenofobię zawsze wynosi się z domu, że młodzież uczy się od rodziców. I że język rani równie mocno, jak przemoc fizyczna.

Kończąc spektakl Gosia pyta widzów o rady dla Michała. Odpowiedź właściwie jest jedna: Walcz o swoje zdanie, nie ulegaj presji innych.

Jaskrawy szok kulturowy

Pomysł na spektakl o uchodźcach, skierowany do dzieciaków wykluł się w głowie Przemka Jurewicza, aktora, tancerza i choreografa w Teatrze Gdynia Główna. – Chciałem przedstawić rzecz o ksenofobii i zagrożeniu nacjonalizmem – tłumaczy Przemek. – Ale nie mieliśmy styczności z uchodźcami, zwłaszcza uciekinierami z Bliskiego Wschodu. Dopiero spotkanie z Ibrahimem Mouhanną stało się okazją do poznania jednego z nich. Ibrahim wiele mi o sobie opowiedział. Największe wrażenie zrobiły na mnie makabryczne obrazy wojny i stan psychiczny Ibrahima przed wyjazdem z Syrii. A potem szok kulturowy i klimatyczny, kiedy znalazł się w Szwecji. Ciągle było mu zimno.

Jaskrawym przejawem różnic kulturowych okazało się dla Ibrahima europejskie podejście do jedzenia. – Kiedy spotkaliśmy się na kolacji na mieście, zauważył jak śmieszne jest to, że Polacy tak pilnują swojego dania – opowiada Przemek. – U nas to jest moje terytorium, moja własność, wara ci od tego. A u nich jedzenie to czynność społeczna, tam jest oczywiste, że jedzeniem każdy z każdym się dzieli.

Ibrahim Mouhanna jest syryjskim filmowcem; jako dziennikarz i dokumentalista pracował w opozycyjnej telewizji w Damaszku. Gdy wybuchła rewolucja, próbował działać dalej dla tej samej stacji telewizyjnej w Dubaju. Obecnie mieszka w Szwecji. Do Gdańska przyjechał w marcu 2018 r. by nakręcić film „UnderWeAre” na wystawę „Shared History” prezentowaną w maju br. w Centrum św. Jana (współtwórczynią ekspozycji jest trójmiejska artystka wizualna Agnieszka Wołodźko). Do filmu Ibrahim potrzebował m.in. kilkorga dzieci i tancerza. W ten sposób poznał Przemka.

Siądź gościu na dywanie, a odpocznij sobie

Oto gotycki kościół sw. Jana w Gdańsku, jeden z najcenniejszych tutejszych zabytków. W prawej nawie, na podłodze, niecodzienny widok: kilka wzorzystych dywanów, jeden przy drugim, na nich kolorowe poduszki. I karteczka – żeby nie było wątpliwości – zapraszająca by usiąść, odpocząć, skorzystać. W ceglanej ścianie, pod którą rozłożono dywany, zarys dawnych schodów, na ścianie podłużny kawałek żółtego materiału z napisem: „Czekając na Paolo Dall’Oglio”. Niżej telewizor wyświetlający dokument o Dall’Oglio. A jeszcze kawałek dalej ekran i krzesła – tam można obejrzeć „UnderWeAre”.

Kim jest człowiek, na którego czekamy? To włoski jezuita, sam o sobie mówiący, że jest zakochany w islamie. Na przełomie lat 80. i 90. XX w. odbudował założony w VI w. kamienny klasztor pod wezwaniem Mojżesza Abisyńskiego (Deir Mar Musa al-Habashi), leżący ok. 80 km od Damaszku. Założył tam wspólnotę al-Khalil, gdzie spotykali się chrześcijanie i muzułmanie. W rozmowie z Jakubem Gałęziowskim, redaktorem strony dominikanie.pl, ojciec Paolo tak tłumaczył założenia wspólnoty: „Jest to nawiązanie do miejscowej tradycji, w której życie monastyczne było częścią symbolicznego świata islamu, prorok Mahomet i jego wyznawcy szanowali i ochraniali chrześcijańskie klasztory. Dlatego podążamy tą drogą, przypatrując się, jak wielkie znaczenie ma pielgrzymowanie do naszego klasztoru dla okolicznych mieszkańców, chrześcijan i muzułmanów”. Przez trzydzieści lat prowadził dialog między krzyżem a półksiężycem, propagował nie tylko tolerancję, ale przede wszystkim przyjaźń. Gdy w 2011 r. wybuchły demonstracje przeciwko dyktatorowi Baszarowi al-Asadowi, wspierał protestujących. W odpowiedzi w 2012 r. władze zmusiły jezuitę do opuszczenia Syrii. Jeździł więc po świecie, opowiadając o koszmarze wojny. Kilka razy jednak wracał do Syrii. Zaginął w lipcu 2013 r. w miejscowości Raqqa, prawdopodobnie porwany przez islamskich ekstremistów.

O tym, jak osadza się w ludziach nacjonalizm, jak buduje się w nich pokłady nietolerancji mówi prezentowany w Centrum św. Jana film Ibrahima Mouhanny.

– Wiele osób nie miało wyboru by stać się tym, kim są dziś – zauważa autor. I w symboliczny sposób pokazuje pranie mózgu, jakie od wczesnych lat szkolnych przechodzili Syryjczycy za reżimu Asadów. Edukacja, tradycja, religia, politycy odcisnęli swe piętno w umysłach społeczeństwa, narzucili jedynie słuszne wartości, odcięli od inności.

W wyrazistych kadrach Mouhanna pyta o to, kto sprawuje nad nami kontrolę, kto wywiera na nas wpływ. I czy jesteśmy tego świadomi. Trudno o bardziej uniwersalne pytanie w czasach Internetu, mediów społecznościowych, twittujących polityków.

Podczas realizacji filmu asystentką reżysera była gdańszczanka Anna Domańska, laureatka Migration Media Award. Z uchodźcami spotykała się, rozmawiała nie raz. Kiedy zaczęli masowo przybywać do Europy, jeździła na Bałkany, do Grecji dokumentować ich poniewierkę. Na stronie mediumpubliczne.pl tak opisuje jedno ze spotkań z iracką rodziną w Atenach, w 2016 r.: „(…) przyjechałam z Polski, jestem wolontariuszką, rozdałam wiele herbat zimą w Serbii, a teraz chciałabym lepiej zrozumieć los uchodźców i opowiedzieć ich historie; robię filmy. (…) Są zmęczeni, warunki w obozie są złe, nie ma się gdzie myć. Pojechali zobaczyć, czy nie lepiej będzie w Idomeni, na granicy grecko-macedońskiej, ale szybko wrócili, bo sytuacja okazała się jeszcze gorsza – poza brakiem sanitariatów – błoto i izolacja.”

Do obozu uchodźców jeździł też Paolo Dall’Oglio. – W czasie syryjskiego konfliktu pojechał do jednego z takich obozów w Libanie – mówi Agnieszka Wołodźko. – Ibrahim pokazał mi swoje filmy dokumentalne o ojcu Paolo. W tym libańskim obozie ludzie żyli w bardzo trudnych warunkach, zaczęli się buntować. Dall’Oglio pojechał więc w roli mediatora. Pierwsze na co zwróciłam uwagę w tej scenie, to aranżacja przestrzeni między dwiema stronami sporu: wprost na piasku rozłożono dywany, nad nimi rozpięto dach namiotu. W bardzo prosty sposób powstało miejsce sprzyjające rozmowie.

Paolo Dall’Oglio sam był takim wcieleniem dialogu. Wołodźko: – Wiedział jak budować mosty między chrześcijanami, a muzułmanami. Takich ludzi dziś nam potrzeba. Mamy w Europie wielką wymianę między tymi dwoma kulturami, a tak mało wiemy o islamie.

I by przywołać ten klimat dialogu, nastrój unikalnego syryjskiego klasztoru, rozłożyła dywany i poduszki w kościele katolickim. – Nasze ciało inaczej się zachowuje w takiej przestrzeni. Na dywanie może się rozluźnić, ułożyć najwygodniej jak można. W kościelnych ławkach czy na krzesłach jesteśmy usztywnieni – to wywołuje zupełnie inne reakcje, inny odbiór otoczenia – mówi artystka.

Jest w jej działaniu dojmująca tęsknota za naszą otwartością, gościnnością, z której przez wieki słynęliśmy, umiejętnością współpracy z ludźmi innych kultur. Jest też nadzieja, że nawet jeśli nie sam Paolo Dall’Oglio, to ktoś do niego podobny pojawi się i u nas, w czasach dramatycznego rozłamu podejmie społeczny dialog. Bo przecież mamy w tym wprawę. Zwłaszcza Gdańsk jest miejscem, gdzie od stuleci mieszały się języki i religie, kultury i zwyczaje.

– Miasto, z którego jesteśmy tak dumni, budowali gdańszczanie urodzeni nieraz bardzo daleko stąd, imigranci i uchodźcy z Niderlandów, Szkocji, Niemiec, Francji, po II wojnie zaś repatrianci z Kresów – przypomina Magdalena Zakrzewska-Duda z Nadbałtyckiego Centrum Kultury, współpomysłodawczyni projektu „Shared History”. – Wystarczy wyjść na ulice by zobaczyć dowody ich obecności.

Esencja wielokulturowości


Rzeczywiście – nawet krótki spacer po Głównym Mieście jest jednocześnie wędrówką po mapie Europy. Brama Wyżynna? Zbudowana przez Hansa Kramera z Drezna, jej wystrój to dzieło Flamanda Willema van den Blocke’a. Brama Złota? Projekt Abrahama van den Blocke’a, syna Willema. Most Zielony? Jego pierwsza wersja to konstrukcja Dirka Danielsa z duńskiej Zelandii. Wielka Zbrojownia? Kolejny architekt z Niderlandów – Antoni van Obberghen, jego dziełem jest także Ratusz Staromiejski – siedziba NCK. Samo Centrum od kilkunastu lat promuje międzykulturowy dialog, trudno zresztą by było inaczej, skoro dyrektorem placówki jest Larry Ugwu, Nigeryjczyk z urodzenia, gdańszczanin (od 36 lat) z wyboru, a przy tym muzyk, lider zespołów Ikenga Drummers, Biafro i Dreadless Lions.

I tak przykłady można by mnożyć. Warto jeszcze tylko przywołać wspomniany już kościół św. Jana i działające w nim na polu kultury Centrum św. Jana. Świątynia to esencja wielokulturowości – zbudowana jako kościół katolicki, potem przez lata używana przez protestantów, by znów powrócić do katolików. – Tak, to kościół szczególny – podkreśla Magdalena Zakrzewska. – Przewija się w nim dużo wątków dialogicznych – choćby sacrum i profanum, czyli sztuka (wystawy, koncerty, spektakle) i życie religijne.

Serce świątyni to kamienny ołtarz Abrahama van den Blocke’a, a wśród licznych zabytków wyposażenia znajdują się rzeźby, nagrobki, epitafia upamiętniające niemieckich, holenderskich, włoskich duchownych i fundatorów. Jeden z nich – kupiec Zachariasz Zappio, w XVII w. przewodził radzie kościoła, odpowiadał za sprawy finansowe i budowlane, założył też fundację na rzecz biednych. Zasłynął jako twórca tzw. Biblioteki Zappio-Johannitana (jej zbiory mieszczą się dziś w Bibliotece Głównej PAN). Jego postać przypomina Zaułek Zachariasza Zappio (nazwany tak na wniosek NCK w 2000 r.), zlokalizowany tuż obok świętojańskiej świątyni.

Gdańsk dla wszystkich

Dziś Gdańsk znów buduje swą tożsamość poprzez wielokulturowość. To przecież tu powstał i w czerwcu 2016 r. został przyjęty przez Radę Miasta Model Integracji Imigrantów i Imigrantek. To tu powstała kampania Łączy Nas Gdańsk, profil „promujący wydarzenia, inicjatywy i ludzi, którzy udowadniają, że w dobie podziałów i różnic mogą obok siebie pokojowo koegzystować odmienności”. I nie działa w próżni. Bez względu na to, jak bardzo prawicowe ugrupowania chciałyby widzieć Polskę i Gdańsk jako kraj homogeniczny kulturowo, imigrantów do nas przybywa. Jak podaje strona Łączy Nas Gdańsk – w naszym mieście mieszka obecnie ponad 20 tysięcy cudzoziemców ze 102 państw i wszystkich kontynentów. Mówią w przynajmniej 75 językach. Najwięcej jest Ukraińców (ok. 15 tys. osób), poza tym mamy tu Rosjan, Niemców, Białorusinów, Włochów, Szwedów, Anglików, Chińczyków, Wietnamczyków. Na tutejszych uczelniach studiuje ok. dwóch tysięcy zagranicznych studentów, przede wszystkim ze Skandynawii, USA, Arabii Saudyjskiej, Indii i Pakistanu. W Gdańsku znalazło schronienie również kilkanaście rodzin uchodźczych (ok. 200 osób). To Czeczeni, Syryjczycy, Ormianie, Ukraińcy, Rwandyjczycy.

30 sierpnia 1917 r. Gdańsk dołączył do ICORN, Międzynarodowej Sieci Miast Uchodźstwa. Sieć pomaga pisarzom, poetom, dziennikarzom represjonowanym w swoich krajach, oferując im bezpieczne mieszkanie i stwarzając warunki do pracy twórczej. Na początku maja br. do Gdańska przyjechał Sari Alhassanat, palestyński poeta, pierwszy gdański stypendysta ICORN.

Skąd strach przed innym?


Jednocześnie, jak w całym kraju, a właściwie w całej Europie i USA narastają nastroje ksenofobiczne. Kwietniowy przemarsz ONR-u ulicami Gdańska pokazał, że sprawa jest poważna. – Musimy dać odpór edukacją artystyczną – podkreśla Przemek Jurewicz. – Nasz spektakl skierowany jest do osób młodych, zagrożonych postawami ksenofobicznymi. Chciałem w nim obnażyć narodowe stereotypy, skłonić do myślenia: skąd się biorą moje zwyczaje? Skąd strach przed innym?

Małgorzata Polakowska i Jacek Panek (grał Michała) zaznaczają, że spektakl będzie ewoluował, że oboje chcą dowiedzieć się więcej o uchodźcach w Polsce, zwłaszcza o dzieciach. W eksplorowaniu ważnych społecznie tematów mają już spore doświadczenie. Z Teatrem Gdynia Główna zrealizowali już spektakle forum, np. na temat homofobii, stalkingu.

Gdy pytam Magdalenę Zakrzewską-Dudę o wrażenia ze spektaklu w szkole nr 45, przyznaje wprost: – Jestem rozedrgana, poruszona. Emocje takie jak dziś rzadko czułam w „prawdziwym” teatrze. Największe wrażenie zrobiły na mnie reakcje publiczności, myślę tu głównie o scenie z ojcem Michała. Scenie o zależności od osoby, która ma nad nami jakąś władzę.

Jak spektakl Teatru Gdynia Główna wpasowuje w projekt „Shared History”?

– Opowiada o tym, że przychodzi do nas ktoś z obcej kultury. I o tym, jak tę osobę mamy przyjąć. A tego dotyczy też nasz projekt – mówi o tym, co się dzieje w obecnym świecie, jak w wyniku wojen, biedy i zmian klimatycznych ludzie zmieniają swoje miejsce zamieszkania, żeby przeżyć. Chcieliśmy przypomnieć dzieje naszej wielokulturowości, pokazać, że ona wciąż trwa. Tacy jesteśmy, że interesuje nas to, co najbliżej, a więc tu, w naszym mieście, tuż obok, mniej to, co dzieje się w Syrii czy Sudanie. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, ilu mamy w Gdańsku obcokrajowców, nie zauważamy ich, nie znamy.

Okazją by poznać „nowych” gdańszczan było oprowadzanie po wystawie Agnieszki Wołodźko i Ibrahima Mouhanny. W role przewodników weszły imigrantki z Ukrainy i Rosji, a także imigrant z Włoch. Do przedstawionych przez artystów opowieści dołożyli swoje prywatne historie. Kolejne nitki w tym wielkim, gdańskim gobelinie utkanym z różnych kultur.

– Byłam przewodniczką tylko przez jeden wieczór, w Noc Muzeów. Akurat mnie nie trafili się żadni Ukraińcy zainteresowani wystawą, byli za to Polacy – opowiada Natasza Kovalyshyna, Ukrainka, gdańszczanka od czterech lat. – Opowiedziałam im o Centrum, o tutejszych zabytkach, o tym, że to nietypowy kościół, bo łączy stare z nowoczesnym: można tu przyjść na wystawę, można też przyjść na mszę św. Sama wystawa „Shared History” wydała mi się bardzo ciekawa. Dzięki niej dowiedziałam się o Paolo Dall’Oglio, zobaczyłam film Ibrahima Mouhanny. Dał mi dużo do myślenia, do rozstrząsania co autor chciał wyrazić przez to, a co przez tamto. Cieszę się, że ukraińscy i rosyjscy imigranci w Gdańsku mogli o wystawie przeczytać w swoich ojczystych językach – NCK przygotowało bowiem specjalne ulotki.

Bałtyk łączy

„Shared History – Splecione losy” to projekt nie tylko gdański. Powstał w wyniku współpracy Nadbałtyckiego Centrum Kultury, LCCA (Łotewskiego Centrum Sztuki Współczesnej) z Rygi oraz Fargfabriken ze Sztokholmu. – Po raz pierwszy zaczęliśmy pracować razem przy projekcie „Baltic House” w 2014 r. – mówi Zakrzewska-Duda. – I „Shared History” traktujemy jako jego swoistą kontynuację.

„Baltic House” najogólniej mówiąc dotyczył poczucia zagrożenia i niepewności we współczesnym, zdewastowanym środowiskowo świecie. Ratunkiem jest bezpieczne schronienie, tutaj takim schronieniem może być region Morza Bałtyckiego. Region postrzegany jako dobro wspólne, źródło naszej tożsamości, cel rozwoju. Aby ten rozwój następował potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego, współpracy i wymiany kulturowej.

Wracając do „Shared History” – projekt doceniła Komisja Europejska w 2016 r., kwalifikując go do zwycięskiej dwunastki (z 274 ubiegających się o dofinansowanie) programu Kreatywna Europa wspierającego integrację uchodźców poprzez projekty kulturalne, audiowizualne i międzysektorowe, sprzyjające włączeniu społecznemu uchodźców, zwiększaniu wzajemnego zrozumienia, rozwijaniu dialogu międzykulturowego i międzyreligijnego oraz tolerancji i poszanowaniu innych kultur.

Jak ten dialog wyglądał w Gdańsku już wiemy. Warto teraz wybrać się do Rygi, gdzie między 22 września a 4 listopada br. w Łotewskim Muzeum Sztuki Riga Bourse odbędzie się wystawa łącząca sztukę współczesną i dawną – potraktowaną jako inspiracja dla dzisiejszych twórców. Riga Bourse zwane było dawniej Muzeum Sztuki Zagranicznej – przeważającą część jego zbiorów stanowiły bowiem eksponaty sztuki starożytnego Egiptu, czasów antycznych, sztuki chińskiej, indyjskiej i japońskiej, a także dzieła sztuki zachodnioeuropejskiej i rosyjskiej. To bogactwo oraz historia zbiorów stały się iskrą rozpalającą kreatywność współczesnych twórców, zarówno łotewskich, jak i zagranicznych. Podjęli oni dialog z dawnymi mistrzami wplatając własne doświadczenia w ich twórczość.

Natomiast latem można było sprawdzić, jak „Splecione losy” interpretują międzynarodowe pary artystów w Sztokholmie, w Färgfabriken (lider tego projektu). Tam bowiem do 19 sierpnia br. można było oglądać niezwykły las – instalację złożoną z barwnych dywanów-obrazów i rzeźb podkreślonych grą świateł i cieni. Autorki instalacji – architektka Hala Alnaji i artystka Valeria Montti Colque postawiły na bliski całej Skandynawii kontakt z naturą, na przyrodę jako otoczenie sprzyjające integracji, nie tylko imigrantów. Leśna „kąpiel” uspokaja, łagodzi, daje poczucie jedności ze światem.

Drugi duet artystów, Vanja Sandell Billström i Reza Hazare, stworzył instalację video „Winzipped senses” (Kompresja zmysłów). Stojąc przed kamerą opowiedzieli o doświadczeniach życia pod presją, o problemach dotyczących migracji, praw i obowiązków. Na przemian zadają sobie pytania, na przemian na nie odpowiadają zmieniając się ze słuchacza w mówiącego; wchodząc „w buty” tego drugiego poznają nawzajem swoje punkty widzenia.


Więcej o projekcie Shared history - splecione losy tutaj i tutaj

Zachęcamy do obejrzenia filmy podsumowującego projekt: https://youtu.be/ji0BQSosngc


Projekt dofinansowany przez program Kreatywna Europa